sobota, 19 stycznia 2013

Efekt (mrocznego) motyla


Kolejny ze spontanicznych rysunków. Spontaniczność - to w końcu podstawa naszej radości, twórczości, kreatywności.

Spontaniczność - cecha, naturalna dla nas jako dzieci, czasami zostaje stłumiona u dorosłych. Może niepoprawnie to ujęłam - człowiek sam w sobie ją tłumi. Powody mogą być różne - bo "obowiązki", bo "nie wypada" być spontanicznym, bo "nie ma czasu". Brak spontaniczności w życiu nazywane jest przez niektórych"zniewoleniem". Jesteśmy w stanie sami siebie zniewolić w imię "czegoś" co roimy w swoich głowach: pracy, sukcesu, powinności. Tymczasem związek w którym brakło spontaniczności - rozpada się, życie w którym tłumiona jest spontaniczność - obrasta w pewien rodzaj smutku, który dusi i tłamsi od środka. Można to oczywiście bagatelizować. Kiedyś i tak to wyjdzie w tej lub innej sferze życia :)

Lepszy efekt osiągnie się, gdy coś jest spontaniczne, czy kiedy jest zaplanowane? Kiedy każdy kawałek jego dokładnie opisany i przygotowany według ustalonego grafiku, czy może jeśli powstanie nagle, będzie dziełem chwili?

Jedno i drugie może przeszkodzić, jedno i drugie może być niezbędne. Ważna jest konkretna sytuacja. Nie ma przepisu na każdą sytuację!  A właściwie to... jest :)  Liczy się dana, konkretna sytuacja i co jest w danej chwili odpowiednie: spontaniczność, czy planowanie.

Usłyszałam opinię, że ten motyl jest mroczny. Trudno było mi się z tym zgodzić, bo powstał raczej w dobrym nastroju ;) Ale efekt ten wywołały użyte materiały i technika. Aby nadać głębię i "mrok" warto główne elementy pokryć głęboką czernią - tutaj doskonale sprawdziły się miękkie (B i 3B) kredki Pierre Noir. Są "tłuste" i pozostawiają głęboką, nieprzeniknioną, smołowatą czerń. Idealna do naprawdę ponurych pomysłów.

Przyczynę smętnego charakteru tych kredek odkryłam parę dni temu, próbując nimi namalować końską głowę. Przypomina na razie wierzchowca z piekieł, i w dodatku z dziwną naroślą na pysku (jak się coś tymi kredkami krzywo zrobi, to bardzo trudno potem naprawić ten błąd. Właściwie to pogłębia się problem przy każdej próbie korekty.). Być może istnieje na nie jakiś dobry sposób - póki co miękka gumka tylko rozmazuje, a żadna, której do tej poty używałam jeszcze nie poradziła sobie z szarymi plackami pozostającymi po tych kredkach. 

Być może ten motyl zagości za jakiś czas na koszulkach lub torebkach? Choć przyznam szczerze - leży ukryty od paru lat, bo nie lubię się dzielić z innymi "mrocznymi" obrazami :) W końcu ujrzał jednak światło dzienne i mam nadzieję, że... znajdzie swooje miejsce i uda mu się wywołać coś dobrego.

Udanego weekendu!



piątek, 11 stycznia 2013

Stare grafiki - "Kot"


Któregoś dnia wpatrywałam się w zdjęcie biało-rudego kota tkwiące na pewnym plakacie, który wisiał nad łóżkiem od paru ładnych lat. Nale tknęło mnie coś i rzuciłam się po ołówek. Zaczęłam go rysować. Szło mi to szybko, jakby łapczywie, bez cienia cierpliwości. I w dodatku za nic w świecie nie udało mi się odzwierciedlić go idealnie. Mówiąc krótko: "za nic nie chciał mi wyjść". Poddałam się i dokończyłam go po swojemu, a rysunek dałam swojemu chłopakowi. Powiesił go sobie w jedynym wolnym w pokoju miejscu nie wymagającym wiercenia dziury w ścianie - na tablicy, na której wisiały zdjęcia różnych obiektów, o których marzył - codziennie oglądał je i w ten sposób wiedział, do czego dąży.

Jakieś dwa lata później, kotka mieszkająca na działce okociła się, lecz dwa młode wkrótce po urodzeniu złapały koci katar. Maluchy trafiły do domu i były pod troskliwą opieką całej rodziny, szczególnie mamy mojego chłopaka. Ledwo chodziły, a już takie chore... Jeden z nich szybko zdrowiał, zaczął przybierać na wadze i szybko rósł. Drugi był słabszy, a katar nie chciał minąć. Silniejszy znalazł dom a chorowitek został. I kiedy podrósł, i dostał już pięknego kociego futra, przypadkiem wpadł nam w ręce tamten rysunek. Ten kot był niemal IDENTYCZNY! Miał dokładnie taki sam układ kolorów sierści na łebku, a jest to dość nietypowy kształt (to był ten właśnie fragment, który za nic nie chciał mi wyjść - był inny niż oryginał, który chciałam odzwierciedlić). 
Do tej pory jest to zagadką, jak to się stało, że otrzymałam identycznego kota? Który narodził się i akurat trafił do rodziny po 2 latach od momentu powstania rysunku?

Wielu odpowie - przypadek.  Być może. Ale dla mnie pozostanie niesamowitym przeżyciem, bo gdzieś pod skórą czuję, że to wcale przypadek nie był... ;)

Ten kot, którego widzisz powyżej, to inny, starszy rysunek. Powstał chyba 7 lat temu. Oryginał od jakichś pięciu-sześciu lat ma innego "właściciela". Mimo pewnego chaosu w proporcjach pyszczka, bardzo go lubię, dlatego zachowałam sobie jego skan - być może kiedyś posłuży za wzór nadruku na torebkach lub koszulkach ;)

Początek | The begining


Dziś stratuje blog. Jednak jego początek sięga jeszcze bardzo beztroskiego dzieciństwa - kiedy biegałam do przedszkola z "malowanką" oraz obrazkami, które przenosiłam na papier za pomocą półprzezroczystej kartki. Uwielbiałam kalkować - jeśli tylko spodobał mi się jakiś rysunek - natychmiast brałam kartkę i smarowałam obrazki. potem wystarczyło poprawić kontury i... voila. Gotowy "piękny" obrazek. Wtedy, i przez wiele kolejnych lat, wstydziłam się trochę, że nie rysuję samodzielnie, tylko kalkuję. Zbierałam mnóstwo pochwał, które niezmiernie jako brzdąc lubiłam ;)

Jednak gdyby nie tamte regularne, wieloletnie ćwiczenia, nie miałabym "talentu". Wiem, że rysunek to kwestia wprawy. Z drugiej też strony - kwestia odpowiedniego patrzenia. A dopiero przyprawą, nadającą prawdziwą głębię grafice jest prawdziwa pasja, stan czystego umysłu, natchnienie... jakkolwiek nie nazwać tego stanu - daje on zawsze efekt tchnięcia "życia" w dzieło. Nie zawsze udaje się o osiągnąć. Nie zawsze efekt się nam podoba. Ale wracamy, tworzymy dalej.


Po wielu latach od pierwszego przekalkowania rysunku z malowanki mam wciąż ochotę wracać do tworzenia. I chyba wiem już na czym polega "talent". Czym różnią Ci, którzy go "mają", od tych, którzy go "nie mają". I jak to jest, że jednym coś doskonale wychodzi - innym nie.

Uwielbiam tworzyć  malować, rysować, lepić, układać, kleić, przestawiać... a także tańczyć, grać, spacerować, śpiewać, słuchać. W każdej z tych czynności można odnaleźć sztukę. Oczywiście, to co robię, niekoniecznie spodoba się innym, ani niekoniecznie podoba się mnie. Nie uważam się, ani nie jestem, ekspertem w dziedzinie sztuki, tworzenia, ani psychologii. Chcę jedynie jako uważny obserwator podzielić się z Tobą swoimi refleksjami, obserwacjami, pomysłami, oraz inspiracjami.

INSPIRACJA. To jest dobre określenie. To chciałabym móc Ci zaoferować! I tak potraktuj ten blog.

Ponieważ moje prace leżą od lat zapomniane, może chociaż Ty je dziś obejrzysz. Nie musisz ich oceniać, ani komentować. Jeśli cieszą Twoje oko, lub jakikolwiek inny zmysł, to myślę, że prace te dobrze spełniają swoją rolę.

Chętnie odpowiem na wszelkie Twoje pytania i wątpliwości :)

Zachęcam do czytania, oglądania i komentowania.

Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie,

Joanna